poniedziałek, 2 września 2013

LiteraTura, Wrocław 2013

Wiem, wiem, dawno mnie tu nie było.  Oj bardzo dawno nawet. Ruszyło mnie dopiero w momencie, gdy weszłam wreszcie na maila i zobaczyłam informacje o LiteraTurze, która wydała mi się  bardzo fajnym przedsięwzięciem. Niestety za późno się zorientowałam i nie zdążyłam zorganizować sobie dojazdu, a bardzo tego żałuję. Lenistwo jednak się nie opłaca,  serio.

Byliście,  widzieliście? Jakie wrażenia? Dotarła do Was informacja o LiteraTurze? Jestem bardzo ciekawa tej akcji, mam nadzieję, że w następnym roku również zostanie zorganizowane coś takiego i wreszcie będę mogła się przyłączyć!  ;)

Przepraszam że nie dodaję zdjęć, ale skonfiskowali mi mój komputer i niestety muszę dodawać posta przez telefon komórkowy, co jest dosyć niewygodne :/

Pozdrawiam wszystkich, mam nadzieję że podzielicie się swoimi wrażeniami z LiteraTury :)

wtorek, 2 lipca 2013

Papierowe Miasta- John Green

"Nie cierpimy z powodu braku metafor"


Papierowe miasta, kruche i podatne na zniszczenia, a w nich papierowi ludzie trzymający się na ostatnich strunach i niedosłyszalnie wołający o pomoc. Aby jednak pomóc, trzeba zrozumieć, trzeba stać się choć na chwilę papierowym człowiekiem.

Margo Roth Spiegelman, zbuntowana i porywcza, podtrzymująca porządek a zarazem zakochana w łamaniu prawa i planowaniu, pewnego dnia znika. Tym razem jednak nie wraca z powrotem tak jak to było poprzednio. I tylko jedna osoba jest w stanie ją odnaleźć- Quentin, zakochany w niej od dzieciństwa chłopak, który jednak nie znajdował się nigdy w gronie jej najlepszych przyjaciół. Tylko on jeden wie, że Margo odeszła na zawsze. To on posiada odpowiednie wskazówki do znalezienia jej. To jemu dziewczyna wywróciła świat do góry nogami, zjawiając się w nocy w jego oknie i (pierwszy raz od czasu dzieciństwa) prosząc o przysługę, niedosłyszalnie wołając o pomoc.



"Jak w przypadku metafory, która przez swoją wieloznaczność staje się niezrozumiała, w tym, co zostawiła mi Margo, było dość miejsca na nieskończoną liczbę wyobrażeń, na niezliczone odsłony Margo."

Chłopak wyruszając w podróż za niesamowitą dziewczyną odkrywa, jak niewiele tak naprawdę o niej wie. Zagłębiając się w tom wierszy Walta Whitmana "Źdźbła trawy" orientuje się, że aby naprawdę poznać Margo, musi zacząć słuchać, rozumieć, stać się nią. Tylko w ten sposób będzie w stanie naprawdę ja poznać.  Odkrywa w ten sposób samego siebie, podążając za dziewczyną orientuje się, że słuchanie tak naprawdę najwięcej mówi o samym słuchającym.

Podróż zmienia życie chłopaka, który nagle zdaje sobie sprawę z wielu małych szczegółów, które połączone w całość mają znaczenie nie tylko dla niego, ale i dla jego bliskich. Dopiero gdy zauważa te szczegóły, może pójść do przodu, z Margo lub bez niej.


"W którymś momencie będziesz musiał przestać wpatrywać się w niebo, bo inaczej pewnego dnia spojrzysz z powrotem w dół i zorientujesz się, że ty także uleciałeś w przestworza."

Czytając drugą (zaraz po "Gwiazd naszych wina") ksiazkę Johna Greena możemy zauważyć jego szczególne zamiłowanie do metafor. W "Papierowych miastach" zauważamy liczne porównania do źdźbeł trawy, czy strun, które mają szczególne znaczenie dla głównych bohaterów. Autor pokazuje, że każdy z nas jest w pewnym sensie metaforą, a jak wiemy, aby zrozumieć daną metaforę, musimy się z nią wgłębić, poznać i zrozumieć. Trzeba również uważać, którą metaforę się wybiera, ponieważ niektóre z nich mogą się okazać niebezpieczne dla nas samych.


"Ostatnim razem kiedy tak się bałem musiałem de facto stanąć przed Czarnym Panem, żeby uczynić świat bezpiecznym miejscem dla czarodziejów."

Wypadałoby wspomnieć również o bohaterach, bez których książka nie okazałaby się taka pozytywna. Nikt tak nie mógł dodać jej humoru jak właśnie Radar i Ben, czyli jedyni w swoim rodzaju przyjaciele Q. Poszliby za Quentinem w ogień, jeśli zaszłaby taka potrzeba, a jednocześnie strzegli go przed popełnianiem błędów. Byli dla niego zawsze, a jednocześnie wiedzieli, że Q zrobiłby to samo dla nich. Oczywiście nie obyło się bez sprzeczek, ale przyjaźń polega na rozwiązywaniu problemów, a nie na ich usilnym unikaniu, prawda?

"Wiesz na czym polega twój problem, Quentin? Stale oczekujesz, że ludzie nie będą sobą."

Powieści nie brakowało humoru, dreszczyku emocji, ani przygody, przede wszystkim wiązało się to jednak z przemyśleniami i "filozofowaniem", przez co książka stała się mądrą i wartościową lekturą. Jest to bardzo przyjemna historia, opowiedziana przez młodego chłopaka językiem przystępnym, a zarazem nie banalnym (bo powiedzmy szczerze, nie ma nic bardziej denerwującego, niż książka napisana beznadziejnym językiem). Spotkawszy się jednak już wcześniej z twórczością autora, nie było najmniejszej obawy, że powieść  może okazać się kiepska po względem języka, czy treści. Zgodnie z przewidywaniami, "Papierowe miasta" okazały się naprawdę porządną i dobrą lekturą, z którą warto się zapoznać.

"Możesz się przekonać jakie to wszystko jest sztuczne. Nie jest nawet na tyle sztuczne, by nazwać je miastem z plastiku. To papierowe miasto."

Tak, tak, książka godna polecenia. Oczywiście niczego innego się nie spodziewałam, biegnąc po nią zaraz w dniu premiery. Jeśli dobra książka = dużo przemyśleń, ta okazała się naprawdę świetna, bowiem miałam czas przemyśleć niejedno. Plus stałam się prawdziwą fanką metafor, no ale nic w tym dziwnego.
Moja ocena: 10(z małym minusem)/10


 "Nie cierpimy z powodu braku metafor. Jednak trzeba uważać, którą metaforę się wybiera, bo to ma znaczenie."



czwartek, 30 maja 2013

Chwila dla klasyki.

Czasem warto poświęcić chwilkę klasykom, nawet jeśli na półkach księgarni pojawiają się coraz to nowsze pozycje. Jak to się stało, że przy ogólnym braku czasu (a uwierzcie, że wyjście na satysfakcjonującą ocenę z fizyki, która będzie widniała na świadectwie maturalnym, wcale nie jest prostym zadaniem) sięgnęłam po kilka wspaniałych pozycji, które już dawno temu weszły do klasyki literatury? Trochę ze szczerej ciekawości tymi nowymi klimatami, trochę z przymusu, bowiem dwie z nich musiałam przeczytać po angielsku jako lekturę szkolną, oraz trochę również przez znudzenie powtarzającymi się schematami we współczesnej literaturze. Nie zrozumcie mnie jednak źle- uwielbiam wszelkiego rodzaju dystopie, antyutopie, paranormale i inne tego typu książki, tym razem chciałam sięgnąć jednak po coś zupełnie dla mnie nowego. Tak więc do widzenia fantastyko, chwilowo przejawiam szczególną fascynację realizmem.


O książce Salingera słyszałam już dawno temu, jednak pierwszą styczność miałam z nią całkiem niedawno, kiedy tata przyniósł mi ją do pokoju i powiedział, że powinnam przeczytać. Wydanie z roku 1993 dodatkowo nadaje niesamowitego klimatu, więc czytanie książki było o wiele przyjemniejsze.
Pierwszy przymiotnik opisujący tę książkę, który przychodzi mi na myśl, to "przygnębiająca". Tak, to była dosyć przygnębiająca historia szesnastolatka Holdena Caulfielda, czyli chyba jednego z najbardziej ponurych ludzi o jakich czytałam. Choć wiecie co? Polubiłam go. Chłopak był nadzwyczaj inteligentny, podobnie jego przemyślenia.
Akcja zaczyna się w momencie, kiedy Holden wylatuje z czwartej szkoły z kolei, jednak nie dlatego, że jest zbyt głupi by zdać do następnej klasy, nic bardziej mylnego. Chłopak nie umie pogodzić się z otaczającą go głupotą, podłością oraz oraz perfidnym zakłamaniem, postanawia więc uciec ze szkoły i opisuje swoje przygody w Nowym Jorku.
Często można usłyszeć komentarze, że książka propaguje palenie papierosów, picie alkoholu przez nieletnich oraz tym podobne rzeczy. Nic dziwnego, książka ta od samego początku wzbudzała liczne kontrowersje oraz wywarła ogromny wpływ na ówczesne pokolenie (ba, nadal wpływa na czytelników). Wydana w 1951 roku w Stanach jednoczonych książeczka odniosła ogromny sukces i do dzisiaj jest bardzo poczytną książką na całym świecie.
Na co zwraca uwagę czytelnik kiedy zaczyna czytać "Buszującego w zbożu"? Przede wszystkim na język w jakim powieść została napisana. Od razu odnosimy wrażenie, że to właśnie owy chłopak, Holden, pisze pamiętnik. Zdania są dosyć krótkie, raczej proste oraz czasem wulgarne, co jest jednak specjalnym zabiegiem stylistycznym autora. Można by dodać, doskonałym zabiegiem stylistycznym, choć nie wszyscy się tu ze mną zgodzą. Jednak właśnie dzięki temu łatwiej jest się wczuć w postać głównego bohatera i zdecydowanie dodaje to klimatu lekturze.
Książka Salingera jest świetną pozycją dla wszystkich, mimo iż wprowadza ona raczej pesymistyczny nastrój. Jest dojrzałą lekturą, przez którą zaczynamy analizować otaczający nas świat oraz myśleć nad tematami, które wcześniej by nam do głowy nie przyszły. Nie jest to więc książka dla bardzo młodych osób, ale za to jest świetną lekturą szkolną (choć nieobowiązkową).
Mi na pewno przypadła do gustu, polcam dać jej szanse.

"- Ty w ogóle nic nie lubisz.
Kiedy to powiedziała, ogarnęło mnie jeszcze gorsze przygnębienie.
- Właśnie że lubię. Tak, lubię. Na pewno. Nie mów tak. Po kiego diabła mówisz takie głupstwa.
-Mówię, bo tak jest. Nie lubisz żadnej szkoły. Nie lubisz miliona rzeczy. Nic nie lubisz."



Ostatnio głośno jest o filmie "Wielki Gatsby", jednak to nie dlatego sięgnęłam po książkę. Powód ku temu był inny- była to moja szkolna lektura z angielskiego. Myślałam, że przeczytanie tej pozycji po angielsku mnie przerośnie, jednak okazała się "do przeczytania", chociaż język na prawdę nie był łatwy. Nie jest to gruba powieść, więc czyta się bardzo szybko, szczególnie zważając na to, że po angielsku czytam tak z dwa razy wolniej niż po polsku, a i tak nie zajęło i to wiele czasu. Co mi pomogło w czytaniu, skoro musiałam pokonać pewne bariery językowe? Piękna fabuła. Książka opowiada naprawdę piękną historię miłości, jednak nie tą z rodzaju niesamowicie szczęśliwych i przewidywalnych, jak to na ogół bywa. O czym jest ta historia? O Gatsbym, czyli jednym z największych optymistów oraz ludzi obdarzonych nadzieją, o jakich można przeczytać. O miłości większej niż wszystko inne oraz często naiwnej chęci spełniania marzeń. Jest to ujmująca historia o bardzo przejmującym zakończeniu. Warto zapoznać się z nią, niezależnie czy będzie to najpierw książka, czy film. Osobiście zapoznałam się i z tym i z tym, a wrażenia po obydwu wersjach były niesamowite. Można dyskutować nad tym, czy filmu nie "przedobrzyli" i czy nie był przesadzony, jednak historia była równie ujmująca jak ta opisana w książce, a film nie odbiegał od niej znacznie.
Nie chcę zdradzać więcej o tajemniczym Gatsbym, niech pozostanie on taką zagadką jak to było na początku powieści. Jeśli chcielibyście jednak dowiedzieć się o tym tajemniczym człowieku czegoś więcej, zajrzyjcie na strony książki. Pewnie się nie zawiedziecie.





Portret Doriana Graya... Szczerze powiedziawszy słyszałam opinie, że książkę dużo gorzej czyta się po polsku niż po angielsku, więc może miałam szczęście, że trafiłam na anglojęzyczną wersję. Jako lektura szkolna... no cóż, wiadomo jaki zapał mają uczniowie do czytania lektur, nie mniej jednak ta mi się spodobała. Momentami bardzo się dłużyła, a na początku nie umiałam zrozumieć do czego to wszystko zmierza i o co chodzi. Później jednak byłam to oburzona, to zdziwiona i na pewno nienawidziałam mądrego Lorda Henrego, który tak bardzo wpłynął na Doriana. Szczerze powiedziawszy chyba własnie ta szczera niechęć do tej osoby tak mnie przyciągnęła do książki- nigdy się z nim nie zgadzałam i dzęiki temu wyrobiłam sobie własne stanowisko, co trzymało mnie przy książce do samego końca. Nie pamiętam również kiedy ostatnio czytałam o takiej zmianie bohatera (chyba to było w "Makbecie", ale to nie jest dobre porównanie do Doriana). Szokująca przemiana Doriana oraz sama końcówka były dosyć pesymistycznym aspektem książki, szczególnie iż mówi się że książka jest autobiografią autora.
Nie do końca wiem jak ocenić tę książkę. Sama pewnie bym po nią nie sięgnęła, ale cieszę się, że wpadła mi w ręce. Jest to doskonała pozycja do przemyśleń, a to chyba w książkach lubię najbardziej. Tak więc lekturę uważam za jak najbardziej wartościową i sądzę, iż warto przez nią "przebrnąć".


Wiecie co jest podobne w tych trzech książkach? Żadna z nich nie miała pięknego happy endu i nie była powieścią z rodzaju słodkich, romantycznych i pozytywnych. To mi się chyba w nich najbardziej podobało. To najbardziej skłaniało do przemyśleń.



piątek, 19 kwietnia 2013

GONE. Faza szósta: Światło- Michael Grant

"The end is the best part of any story."


 
Tyle stron, słów, bohaterów i emocji. Tyle nieprzespanych nocy, wspaniałych chwil i momentów grozy. Tak wiele łączy nas z książkami, które naprawdę kochamy. A kiedy przyjdzie koniec... po prostu nie chcemy kończyć. Podobno to właśnie koniec jest najlepszą częścią każdej historii. Owszem, ale i najsmutniejszą. Jedno jest pewne, Michael Grant tak skonstruował zakończenie swojej serii, aby czytelnicy długo o nim nie zapomnieli. Było ono tak spektakularne jak cały ETAP.

"We aren't kids anymore. Look what we've been through. Look at yourself, surfer dude. We've done something none of our parents have been even close to. We didn't take over their boring world; we took over a world about thousand times tougher." ~ Caine

 
Gra końcowa, tak to nazywają wszyscy w ETAPie. Bariera stała się przeźroczysta i teraz oczy całego świata skierowane są na wydarzenia w środku kopuły. Wygłodniałe dzieci z niewytłumaczalnymi mocami walczą o przetrwanie na oczach rodziców. Część z nich ginie, część okazuje się bohaterami, a jeszcze większa część czarnymi charakterami. Jednak łatwo jest oceniać wszystko z zewnątrz, nie będąc ani chwili w tym skomplikowanym świecie wewnątrz. Wszyscy zadają sobie jednak pytanie- jeśli wszystko naprawdę zmierza ku końcowi, co będzie później? Kto wyjdzie poza barierę? Dzieci czy gaiaphage? Wszyscy z zapartym tchem oglądają ostatnie dni ETAPu, a może nawet ostatnie dni życia dzieci.

"They'll be afraid of us, brother. [...] They'll fear us. Most of them anyway." ~ Caine.

 Po ciemności nadchodzi światło. Cóż, nie oznacza to bynajmniej osłabienia gaiaphage, wręcz przeciwnie- stwór jest coraz silniejszy. Sam przeżył już bardzo wiele, przeszedł przez wszystko, czego sie najbardziej bał, wydaje się więc, że nie da się go złamać. Prawda jest jednak taka, że nawet największy bohater ETAPu w pojedynkę nic nie zdziała, ba, nawet z przyjaciółmi ma bardzo marne szanse. Nawet geniusz Astrid, odwaga Brianny, zdolności przywódcze Edilio, moce Caina oraz niesamowite poświęcenie innych mutantów mogą nie wystarczyć. Szczególnie jeśli zna się sekret małej Gai, dziecka Caina i Diany w którym czai się największy potwór świata. 

"She wanted just once to play the heroe and not the person who bandaged the heroe." ~ Dahra.

Opisując książkę nie można nie wspomnieć o bohaterach, szczególnie jeśli są oni tak szczegółowo skonstruowani, jak w przypadku tych z powieści Michaela Granta. Trzeba autorowi przyznać, że wykreował wiele naprawdę zaskakujących i świetnych postaci. Często byliśmy zawiedzeni ich postępowaniem, denerwowaliśmy się przez ich poczynania, nienawidziliśmy ich oraz nieraz chcieliśmy ich śmierci. Było również kilku, których szanowaliśmy i kochaliśmy. Nauczyliśmy się również przebaczać, chociaż często było ciężko. Pozostaliśmy z bohaterami do samego końca ETAPu, a kiedy naszedł owy koniec... cóż, trudno nam się z nimi rozstać.

"What was the lesson? That sometimes there were no good choises? I learned that a long time ago" ~ Astrid.

Czytając poprzednie części serii, mogliśmy się już przyzwyczaić do stylu w jakim pisze Michael Grant. Szybka akcja i jej nagłe zwroty, specyficzny humor oraz wspaniałe dopełnienie jakim są bohaterowie. Tak naprawdę to właśnie dzięki ulubionym bohaterom tak bardzo można się zbliżyć do książki i odbierać ją znacznie bardziej emocjonalnie. Tutaj właśnie widzimy największy atut autora- potrafi tak skonstruować powieść, aby czytelnik raz po raz wybuchał śmiechem lub płaczem oraz wzbudza w nas wszelkie możliwe uczucia, dzięki czemu naprawdę nie sposób oderwać się od książki chociażby na chwilę. 

Autor stawia nas nieraz w trudnych sytuacjach, sami nie wiemy komu ufać i w co wierzyć. Przez moment stajemy się bohaterami powieści i przeżywamy wszystko to, co nasi ulubieńcy z książki. Akurat tutaj nie trudno się wczuć. Musimy dokonywać trudnych wyborów i ponosić ich konsekwencje. Czy to nie właśnie dlatego sięgamy po książki? Aby chociaż raz stać się bohaterami i przeżyć pewnego rodzaju przygodę?  


"Isn't that the game we all play, Diana? We all try to stay alive. Even though in the end we all die."- Caine.

 Gra końcowa. Te słowa przepełniają ETAP i czytelników. Dla dzieci wewnątrz kopuły jest to jedyna szansa na wydostanie się na zewnątrz, na przeżycie. Dla czytelnika oznacza to jednak coś innego- koniec wspaniałej serii. Osobiście spędziłam z książkami pana Granta kilka dobrych lat. Rok w rok czekałam na wydanie kolejnych części i bardzo emocjonalnie odbierałam każdą z nich. Nic więc dziwnego, że gdy tylko odbyła się światowa premiera ostatniego tomu, od razu zamówiłam sobie książkę na kindla. Z zapartym tchem przedzierałam się przez kolejne rozdziały i nawet język angielski nie okazał się problemem. Jak to się mówi- dla chcącego nic trudnego. 
Michael Grant pisze, że zakończenie jest najlepszą częścią każdej historii. Zgadzam się z nim całkowicie. Muszę przyznać, że było to jedno z najlepszych, najbardziej zaskakujących i najsmutniejszych zakończeń jakie czytałam. Łzy leciały mi ciurkiem i jeszcze długo po przeczytaniu książki nie mogłam przestać płakać (często śmiejąc się przy tym, choć może się to wydawać dziwne). Tak, pan Grant mistrzowsko opanował manipulowanie czytelnikiem. Teraz muszę mu jedynie podziękować za kilka wspaniałych lat, które spędziłam z jego serią. Okazały się one niesamowite i pełne emocji.

"He asked whether kids had died. 
Briannas answer had been: A bunch. Kids have been dying all over the place. This isn't Disneyland.
-Have you taken a life?
-Absolutely. I'm the Breeze. I am the most badass person in here except maybe Sam and Caine."

PREMIERA KSIĄŻKI W POLSCE: CZERWIEC 2013. Wspaniałe wydawnictwo Jaguar jak zwykle znakomicie się spisze i wypuści na polski rynek te wspaniale zakończenie. Osobiście nie brałam się za tłumaczenie cytatów i pozostawiłam je w oryginalnej wersji, mam nadzieję, że nie będzie to dla Was wielki problem.
Serię pragnę polecić wszystkim, jest naprawdę niesamowita i warto dać jej szansę.

Moja ocena: 10/10


A na koniec nota od autora. Myślę, że jest świetnym zakończeniem tej historii.

"Wow. We spent six books and three thousand pages together in the FAYZ. Kind of amazing, isn’t it? Worn out? I am.

From the start I wanted the Gone series to be like one single, long story. I wanted characters who would grow with you over time, characters who might make you mad or disappoint you, characters you might hate, and hopefully a few that you’d respect, and like, and even love. That required extra patience and devotion on your part. I hope you found it worthwhile. I hope you had fun. I did.
[...]
From me, from Sam and Astrid, Caine and Diana, Quinn, Edilio, Lana and Patrick, Dekka, Brianna, Albert, Computer Jack, Orc, Mary, Sanjit and Choo, Howard, Hunter, Little Pete, and all the rest (even Drake), thanks.

You are now free to leave the FAYZ."

niedziela, 3 marca 2013

Stosik na miły początek marca.

 Stosiki książkowe to największa radość każdego czytelnika. Można nacieszyć oczy nowymi zdobyczami, powdychać zapach nowiutkich książek oraz pochwalić się nimi, np. na blogu. Jako że już dawno takowego stosika tutaj nie było i, o zgrozo, specjalnie aktywna również ostatnio nie jestem, postanowiłam się Wam pochwalić, a zarazem zapewnić Was, że nadal czytam tak dużo jak poprzednio, po prostu z czasem i weną jest dosyć krucho (ta druga przychodzi zazwyczaj koło 2 w nocy lub w momentach najmniej nadających się na jakąkolwiek twórczą działalność).


Powyżej widzicie pierwszą część mojego stosiku, skromną w liczbie, ale bogatą w treści.

Od góry:
Oskarżony- John Grisham 
Życie Pi- Yann Martel
 Świat Zofii- Jostein Gaarder
Miasto zagubionych dusz- Cassandra Clare
Trafny wybór- J.K. Rowling 



Gra o Tron- George R.R. Martin
Starcie Królów- George RR. Martin
Nawałnica mieczy. Tom 1.- George R.R. Martin
Nawałnica mieczy. Tom 2.- George R.R. Martin
Światło się mroczy- George R.R. Martin (to już poza serią)

Na mojego kochanego kindla, który tak nawiasem mówiąc nosi imię Saphira (i wcale nie jest dziwne to, że nazywam przedmioty codziennego użytku, które są mi bardzo bliskie), również przybyło mi kilka ciekawych pozycji. A w zasadzie nie ciekawych, ale absolutnie wspaniałych i tak długo przeze mnie wyczekiwanych, czyli wszystkie części Gry o Tron! Warto również dodać, że dzięki małej Saphirze, książki mogę czytać również w szkole, na co nudniejszych lekcjach, bo żaden nauczyciel jej nie wypatrzy.



Przeminęło z wiatrem- Margaret Michell (w trzech częściach)
Ferdydurke- Witold Gombrowicz

Również klasyki nigdy nie za dużo. Co prawda to są już stare nabytki z babcinej biblioteczki, i jedynie "Ferdydurke" pochodzi ze szkolnej biblioteki, jednak dopiero teraz przyszedł czas ogromnych chęci na ich przeczytanie.


Podsumowując, jestem ogromnie zadowolona z moich małych stosików, które są wręcz idealne. Pewnie nie zrecenzuje wszystkich tych książek, jednak gdy tylko je przeczytam, pojawi się ich ocena w zakładce "Przeczytane 2013", którą ostatnio postanowiłam założyć :)

Zapraszam również do wzięcia udziału w ankiecie, którą znajdziecie w prawym górnym rogu strony. Chciałabym wiedzieć, co sądzicie o czytnikach, bo ja z mojej Saphiry jestem bardzo zadowolona, ale wiem, że większość czytelników nie jest przekonana do tej formy książek. Wkrótce (no dobra, nie wierzcie mi, pewnie to "wkrótce" będzie oznaczało bardzo dużo czasu) postaram się skleić również jeden większy wpis na temat czytników ebooków i chciałabym Was zachęcić do dyskusji na ten właśnie temat.

Życzę jeszcze wszystkim miłej niedzieli i dużo weny twórczej, która ostatnio tak niespodziewanie mnie napadła :)


sobota, 2 marca 2013

Pandemonium- Lauren Oliver


Miłość to wyniszczająca choroba. Właśnie przez nią ludzkość prawie wymarła. Trzeba więc było zapanować nad rozprzestrzeniającym się wirusem i wynaleźć lek, aby całkowicie go unicestwić. Owszem, udało się, jednak na remedium trzeba czekać aż do uzyskania dojrzałości, inaczej mogą wystąpić niepożądane powikłania. Do tego czau jednak dzieci muszą być izolowane od osobników przeciwnej płci, a wszelkie rozmowy o chorobie zostały zakazane. Sama jej nazwa jest zakazana.

Świat wygląda prawie idealnie. Prawie. Zawsze znajdzie się jednak  jakieś "ale". Za granicami wolnego od choroby społeczeństwa, w tak zwanej Głuszy, wywiązuje się ruch oporu, który aktywnie działając przeciwstawia się władzom. To właśnie do niego wstępuje Lena, dziewczyna, która niedługo przed swoim zabiegiem, zakochuje się w Alexie i razem z nim ucieka w nieznane. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem, bowiem Alex poświęca swoje życie aby uratować ukochaną i zapewnić jej bezpieczne przejście na drugą stronę granicy.
Zrozpaczona i wściekła na władze Lena staje się pełnoprawnym członkiem ruchu oporu i działa w nim ze zdwojoną siłą. Czy uda jej się jednak wygrać? Po stracie rodziny, przyjaciół i Alexa wydaje się bardzo słaba, jednak nienawiść i chęć zemsty skutecznie zagłuszają wszelkie inne potrzeby. Powiedzenie, że bez miłości nie ma nienawiści, jest jak najbardziej prawdziwe.


"Pandemonium" to już druga część bestsellerowej i wychwalanej pod niebiosa powieści Lauren Oliver. Dlaczego jej książki są tak pożądane przez czytelników? Nietrudno odgadnąć jak wielką rolę odgrywa tu niezwykły temat serii. Przedstawienie miłości jako choroby wzbudziło zainteresowanie wielu fanów literatury. Nic w tym dziwnego, pomysł ten okazuje się bardzo oryginalny i kontrowersyjny, co szczególnie podoba się molom książkowym.

Oceniając jednak książkę, nie bierzemy pod uwagę jedynie fabuły, ale również zrealizowanie swojego pomysłu przez autora. I tutaj Lauren Oliver dostaje kolejny punkt za prosty, przystępny, ale zarazem również niebanalny styl narracji. W dodatku konstrukcja tej części okazała się bardzo zaskakująca i oryginalna- rzadko zdarza się, że książka zamiast na rozdziały podzielona jest na "Teraz" i "Wtedy". Dzięki temu śledzimy dwie historie jednocześnie, z czego jedna wydarzyła się wcześniej, a drugą obserwujemy na bieżąco. Jest to zdecydowanie jeden z ciekawszych pomysłów autorki, chociaż przez ten zabieg czytelnik może się czuć na początku lekko zdezorientowany i dopiero po paru rozdziałach przyzwyczaja się do nowego systemu. Nie jest to jednak wielki problem, gdyż wkrótce znów czujemy się jak ryba w wodzie i lektura pochłania nas w całości.

Patrząc na bohaterów drugiej części, głównie skupiamy się na dwóch postaciach- Lenie i Julianie. Z początku możemy zobaczyć niezwykłą przemianę Leny, która, niegdyś cicha i grzeczna, staje się buntowniczką w walce o swoje prawa. Kiedy jednak na horyzoncie pojawia się Julian, można się domyślić, że wydarzy się między nimi coś niezwykłego. Nawet jeśli chłopak jest jej największym wrogiem i walczy o możliwość szybszego przyjęcia remedium, okazuje się wyjątkowo czarujący i na swój sposób uroczy. W zasadzie jest idealnym charakterem do pokochania. Teraz zapewne myślicie, że wiecie ja się skończy ta książka, ale uwierzcie, nie jesteście w stanie wszystkiego przewidzieć.
Warto zwrócić również uwagę na bohaterów drugoplanowych, czyli przede wszystkim na Raven, która miała wielki wpływ na nową Lenę. Jest ona niezwykłą osobą, tajemniczą i mądrą, o której jednak wiemy naprawdę niewiele. Kształtuję nową Lenę na członkinię ruchu oporu i uczy wszystkiego co potrzebne jest jej do przetrwania. Jest w zasadzie drugą matką dziewczyny, matką z Głuszy. Zastępuję jej prawdziwą matkę, którą ta utraciła wiele lat wcześniej.

A jaka jest dokładnie moja subiektywna opinia na temat książki? Przyznam szczerze, że moje nastawienie do Pandemonium z początku było dosyć sceptyczne. Dlaczego? Odpowiedź jest jedna: "Delirium". Jako jedna z niewielu osób nie wychwalałam pierwszej części tej serii pod niebiosa, ba, wydała mi się bardzo przewidywalna. Jednak zaciekawiona, a raczej zszokowana, jej zakończeniem, sięgnęłam po kolejną część, gdy tylko nadarzyła się taka okazja. I... byłam bardzo mile zaskoczona."Pandemonium" nie wydaje się już tak przewidywalne i w zasadzie do samego końca nie byłam pewna co tym razem przyszykowała dla nas autorka.
W zasadzie mam tylko jedno większe zastrzeżenie. Już na początku pomyślałam: "Oby tylko pani Oliver nie zakończyła tej książki w ten sposób" (nie zdradzę jednak o czym myślałam, bo nie o spoilery tu chodzi). Nie brałam jednak tej myśli na poważnie i jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właśnie tak się "Pandemonium" skończyło. Trudno mi oceniać ten fakt pozytywnie, czym może zaskoczę wiele osób, które czytały tę książkę i uważają zakończenie za rewelacyjne. Z drugiej jednak strony właśnie przez owo zakończenie, z pewnością sięgnę po kolejną część, aby dowiedzieć się jakiego wyboru dokona Lena. Czy uznać to za pozytywny, czy negatywny fakt? Na prawdę nie umiem stwierdzić.

Chociaż nie jest to niezwykle ambitna książka, moja ocena jest jak najbardziej pozytywna. Jednak druga część podobała mi się znacznie bardziej niż pierwsza, więc przyznam jej ocenę 8,5/10.

czwartek, 21 lutego 2013

Gwiazd naszych wina- John Green

"Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem marzeń." 

 


Są takie książki, które wpadają do naszych rąk przez przypadek, a w sercu zostają na bardzo długo. Które skłaniają nas do przemyśleń, absolutnie wciągają oraz rozwijają. Odnosząc się do powieści "Gwiazd naszych wina" wypada na początku wspomnieć, że raczej rzadko książki o śmierci wywołują w nas pozytywne uczucia. Jednak wzbudzenie w czytelniku negatywnych emocji nie było motywem przewodnim pana Greena. Nie, "Gwiazd naszych wina" nie jest zwykłym wyciskaczem łez. Jest ambitną książką, która, choć nazywa rzeczy po imieniu, wywołuje również uśmiech na twarzy czytelnika oraz daje nadzieję.


Autor lekki piórem opowiada nam historię pewnej szesnastolatki, której "Instytucja Dżinów spełniająca marzenia dzieci chorych na raka" już kilka lat wcześniej sponsorowała wizytę w parku rozrywki, jako jej ostatnie życzenie.  Mimo wszystko dziewczyna przeżyła dzięki niezwykłemu lekowi, który jednak jedynie przedłużył jej życie na ziemi. Teraz codziennie wstaje ze świadomością, że w każdej chwili jej płuca mogą przestać współpracować i może odejść z tego świata. Hazel Grace powinna chodzić do szkoły, spotykać się z przyjaciółmi, chodzić na randki, do kina, czy do parku, jednak rak tarczycy z przerzutami do płuc skutecznie jej to uniemożliwia. Kiedy jednak jej mama upiera się, że dziewczyna musi zacząć prowadzić życie choćby odrobinę przybliżone do życia normalnej nastolatki i wysyła ja na grupę wsparcia dla nieuleczalnie chorych, coś się zmienia. A raczej ktoś zmienia jej życie. Augustus, to imię chłopaka, którego dziewczyna poznaje na grupie wsparcia. To jedynie początek ich historii.

„- Jestem granatem - powtórzyłam. - Chcę trzymać się z dala od ludzi, czytać książki, rozmyślać i spędzać czas z wami, ponieważ i tak nie mogę zrobić nic, żeby was nie zranić. Jesteście zbyt zaangażowani, więc pozwólcie mi po prostu żyć tak, jak chcę, dobrze? Nie mam depresji. Nie muszę nigdzie wychodzić. I nie mogę być typową nastolatką, ponieważ jestem granatem.” 

Hazel Grace jest zarówno bohaterką jak i narratorką powieści. Opowiada nam o swoim świecie, przybliża postacie rodziców, Augustysa, Isaaca oraz swojej przyjaciółki, opisuje historię swojej choroby oraz rozwój swojego uczucia do Augustusa. Jest błyskotliwa, oczytana oraz nad wyraz mądra jak na swój wiek, jednak nie korzysta z życia, ciągle rozmyślając o nadchodzącej śmierci. Dopiero poznając na grupie wsparcia chłopaka, który wpatruje się w nią jakby była najpiękniejszą dziewczyną na świecie (chociaż po tylu "terapiach rakowych" nie była w najlepszym stanie) i otwarcie z nią flirtuje, coś zmienia się w jej nastawieniu. Staje się bardziej otwarta na ludzi i zaczyna spędzać czas z nowymi przyjaciółmi. Na stronach książki widzimy zmianę z zamkniętej i popadającej w depresję nastolatki w dojrzałą młodą kobietę, która wreszcie wie czego pragnie i rozumie, że musi korzystać z życia niezależnie od tego, jak długie ono będzie.

 „Widzisz, to taka metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał”

Metafory. To właśnie nimi przepełnione jest życie Augustusa Watersa (np. trzyma w zębach niezapalonego papierosa, ale nie daje mu mocy do działania zapalając go). Ten młody chłopak, niegdyś mistrz koszykówki (dopóki kostniakomięsak nie odebrał mu nogi), zdaje się być doskonale świadomy swojej urody i inteligencji.  Z pozoru może wydawać się próżny, jednak wcale taki nie jest. Pod tym obrazem pewnego siebie nastolatka, kryje się wrażliwy i kochający chłopak z wieloma kompleksami. Nie jest idealny, chociaż dla Hazel to pewnego rodzaju wzór do naśladowania. Ze swoim wisielczym poczuciem humoru i przekonaniami idzie przez świat i robi wszystko, aby przeżyć swoje życie jak najlepiej. 
Gus to z pewnością najlepiej skonstruowana postać powieści Johna Greena. Dzięki jego błyskotliwości i wielu metaforom, które przytacza, książka staje się płynna, mądra i skłania czytelnika do przemyśleń. 

 "To tylko efekt uboczny umierania"

Niewątpliwym atutem książki jest jej niesamowita bezpośredniość. Hazel często używa bardzo otwartych oraz ironicznych sformułowań, takich jak "bonusy rakowe", "Organizacja Dżinów spełniająca życzenia dzieci nieuleczalnie chorych na raka", czy "efekt uboczny umierania". Nie ma więc żadnego owijania w bawełnę, ale to właśnie przez ową bezpośredniość książka wydaje się taka realna. Również wisielczy humor Gusa, doskonale odzwierciedlający rzeczywistość, jest bardzo dobitny. Podczas rozmowy z najlepszym przyjacielem Isaaciem często żartuje sobie ze swojej amputowanej kończyny, jego ślepoty czy umierania oraz proponuje koledze wyżyć się na swoich własnych pucharach z koszykówki. Wszystko to dobitnie pokazuje powagę sytuacji w jakiej znalazła się w tak młodym wieku trójka przyjaciół.
Ciekawe są również dyskusje Hazel i Gusa. W wielu sprawach różnią się poglądami, a przez ich sprzeczki czytelnik sam staje się zagubiony i nie jest pewien jakie stanowisko powinien obrać. Skłania to do głębokich przemyśleń, a z przemyśleniami łączą się również wnioski, co prowadzi nas do osobistego rozwoju. Czy to nie najważniejszy plus? Że przez tę książką i my się rozwijamy?
 
"Po prostu chciałabym ci wystarczać, ale tak nie jest, nie wystarcza ci to co masz. Lecz tylko tyle masz. Mnie, swoją rodzinę i ten świat. To jest twoje życie. Przykro mi, jeśli jest beznadziejne."


Poruszająca i zapadająca w pamięć (a raczej w serce, przynajmniej w moim przypadku)... to są chyba najbardziej trafione określenia opisujące tę książkę. Kiedy już raz zaczniesz czytać nie skończysz dopóki nie dotrzesz do końca. I nie chodzi tu o szybką akcję, ponieważ takowej wcale nie było wiele. Temat, który nie był naciągany, mądrość i lekkość z jaką autor opisywał świat za pomocą swojej małej narratorki dają wiele do myślenia i sprawiają, że czytelnik nie jest w stanie oderwać się od lektury. Nawet, gdy w pewnym momencie można przewidzieć jak zakończy się "Gwiazd naszych wina" z zaciekawieniem czytamy do końca, jakby nie istniało nic innego. 
Nie zrozumcie mnie jednak źle. Nie jest to bezgranicznie smutna książka. Owszem, opowiada o śmierci i jest poruszająca, nie jest to jednak równoznaczne z rozpaczą, czy smutkiem. 
Jest po prostu piękna. I bardzo dojrzała.


Trudno dać mi jakąkolwiek inną ocenę niż 10/10. Po prostu się nie da.


„Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.”




poniedziałek, 11 lutego 2013

Eragon- Christopher Paolini


Na początku przyznam, że nigdy nie byłam przekonana do serii Chritophera Paoliniego. Kiedyś oglądałam film i nie spodobał mi się, więc i za książkę nie miałam zamiaru się zabierać. Dlaczego tak nagle mi się odmieniło? Otóż mój brat najzwyczajniej na świecie kazał mi koniecznie ją przeczytać. Cóż, nie miałam nic lepszego do roboty (kto by się w końcu cały czas uczył...) więc wzięłam się za Eragona. Co z tego wyszło? Otóż wyszło z tego 1 z angielskiego, ponieważ zamiast uczyć się słówek, szalona Emi siedziała i czytała. Ale (tak, wiem, że zdania nie rozpoczyna się od "ale") są i pozytywy- pięknie skonstruowany świat, magiczna historia, wspaniali bohaterowie i ogromna wyobraźnia. Idealne miejsce na odpłyniecie od rzeczywistości.

O czym jest Eragon? Zapewne macie jakieś skojarzenia co do tej, niewątpliwie bardzo znanej, książki. Może kojarzycie ją ze smokami i Jeźdźcami, z Eragonem (trudno nie kojarzyć Eragona, skoro to tytułowy bohater...), który znalazł smocze jajo i od tego czasu rozpoczęła się jego przygoda? Ja przynajmniej miałam takie skojarzenia jak tylko słyszałam o serii, jednak dopiero po głębszym przyjrzeniu się zauważyłam jak mało z rzeczywistości wiedziałam.

Eragon to szesnastoletni chłopak, który pewnego dnia znajduje w Kośćcu szafirowy kamień. Znajduje to w zasadzie mało powiedziane, kamień pojawia się zupełnie niespodziewanie za pomocą niejakiej magii na jego oczach. Jako, że nie udało mu się nic upolować i miałby problem przetrwać z rodziną do wiosny, bierze kamień, z nadzieją że będzie mógł go sprzedać w wiosce.Od tego wszystko się zaczyna. Kamienia nie udaje mu się sprzedać, ani tym bardziej dowiedzieć czegokolwiek na jego temat. Po jakimś czasie wykluwa się z niego smoczyca, która wybiera go na swojego Jeźdźca... Niesamowite, prawda? Może, jednak co ma być niby dalej? Chłopak może marzył o zostaniu Jeźdźcem, ale takowi już dawno wyginęli, a jedynym, i do tej pory ostatnim, był władca Galbatrix.
Chłopak nie może się przyznać do posiadania smoka, jednak powoli nawiązuje się między nim i magicznym stworzeniem pewna więź. Trudno jednak ukrywać dorastającego smoka. Póki co Eragon stara dowiedzieć się czegoś na temat tych magicznych stworzeń, rozmawia z nową przyjaciółką, wychowuje ją i uczy swojego języka. Cóż, do póki do wioski przybywają tajemniczy jeźdźcy, życie chłopaka toczy się spokojnie.. jednak po tym zdarzeniu wszystko legnie w gruzach.  Jego wójek zostaje zamordowany, a jemu i Saphirze ledwo udaje się uniknąć podobnego losu. Co teraz zrobi Eragon, skoro nie będzie mógł powrócić do dotychczasowego życia? W którą stronę los go zaprowadzi?

Fabuła brzmi całkiem przyjemnie i, tutaj zgaduję, to chyba podstawowy czynnik przez który czytelnicy są tak zafascynowani książką. Faktycznie czyta się ją lekko i przyjemnie, często również potrafi wciągnąć czytelnika. Sprawia, że płaczemy, śmiejemy się, czy dziwimy się poczynaniami bohaterów. Jako kilkunastoletni młodzieniec Christopher Paolini naprawdę dobrze skonstruował swoją powieść, bowiem i język i fabuła są niczego sobie. Wyobraźnia autora często zadziwia czytelnika, w końcu nie każdy z nas potrafi wykreować tak rozległy i skomplikowany świat, jaki on nam przedstawił.

Można się zastanawiać jak to będzie z językiem, skoro książkę napisał nie mający większego doświadczenia chłopak. Cóż, tutaj trzeba postawić małego minusa, chociaż jak na młodego autora Christopher Paolini spisał się naprawdę dobrze. Nie da się jednak ukryć, że książka nie jest napisana.. wymagającym językiem. Na jego obronę jednak dodam, że wielu dorosłych autorów niektórych powieści nie może się poszczycić nawet podobnie dojrzałym stylem pisania, jakim posługuje się pan Paolini.

Bohaterowie również nie są przesadnie wyidealizowani, co możemy zaobserwować w podobnych książkach dosyć często. Sam tytułowy bohater, Eragon, jest zwykłym wiejskim chłopakiem, który mimo iż jest odważny, bardzo często wykazuje brak roztropności i często działa zbyt impulsywnie, czym sprowadza kłopoty na swoich bliskich. Jedynym "idealnym" bohaterem może być Brom, nic jednak w tym dziwnego, skoro tak właśnie odbierał go Eragon, a to jego oczami widzimy świat przedstawiony w powieści.

Pomimo kilku minusów muszę jednak polecić tę powieść. Przyznam, że moja ocena nie jest do końca obiektywna, ale tak chyba działają na nas książki. Recenzje, choć zazwyczaj piszę takowe w kilka dni po przeczytaniu książki, w dalszym ciągu mają w sobie coś subiektywnego, przez emocje, ktre podają nam autorowie ukochanych powieści. Cóż więc poradzę na to, że będę musiała wystawić kolejną pozytywną ocenę kolejnej książce, którą przeczytałam.

Moja ocena: 8/10.

piątek, 25 stycznia 2013

Próby Ognia- James Dashner

"To wszystko było częścią Prób"



Ucieczka z Labiryntu miała oznaczać koniec męczarni. Mieli wrezcie znaleźć się w bezpiecznym i spokojnym miejsu, z dala od niebezpieczeństw tego okrutnego miejsca. Próby wreszcie miały się zakończyć. Czy mieli jednak taką gwarancję? A może były to tylko ich domysły...

Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia. Co jednak gdy i ona odeszła, a ty nie masz w co wierzyć ani komu ufać? Jaką wtedy masz motywację?



 
"Nadszedł czas na Fazę Drugą. Czas, żeby zrobiło sie na prawdę ciężko."

Oto druga część trylogii Jamesa Dashnera. Labirynt to był dopiero początek. Teraz rozpoczną się prawdziwe Próby Ognia. Kiedy w końcu Streferzy zaznali spokoju i wydawałoby się, że straszne czasy i próby zostały zakończone, DRESZCZ postanowił im to wszystko odebrać. Zamiast odzyskać wspomnienia, tajemnicza organizacja zaoferowała im coś zupełnie innego. Labirynt wcale nie okazał się końcem Prób. Był jedynie wstępem do czegoś jeszcze trudniejszego.

Odkrytych jest coraz więcej faktów, jednak niewystarczająco, aby zorientować się w sytuacji. Dzięki temu książkę czyta się z zapartym tchem. Nie da się przewidzieć, co wydarzy się za chwilę oraz jakie jeszcze niespodzianki czekają na Streferów. Skoro Labirynt był jedynie początkiem, co czeka grupę w Fazie Drugiej Prób?

Z jednej strony powszechnie wiadomym jest, że nie należy ufać DRESZCZowi, ale co jeśli od niego właśnie zależy Twoje życie? Co ty byś zrobił na miejscu Sztamaków z Grupy A? Poszedłbyś dalej za ich rozkazami?


"Obiekt A2. Do zabicia przez Grupę B"



Bohaterowie. To jedna z ważniejszych spraw w książce. Jeśli będą źle dopracowani, nienaturalnie, czy wyidealizowani, nawet najlepsza książka straci urok. Dlaczego tak trudno jest "skonstruować" głównego bohatera? Ponieważ każdy ma inny gust i inaczej ocenia postacie. Czy James Dashner podołał zadaniu? Owszem. Thomas, bo to z jego punktu widzenia przeżywamy całą historię, jest na pewno barwną postacią. Często wprawia nas w pesymistyczny nastrój, działa pochopnie oraz emocjonalnie. Jest jednak swego rodzaju bohaterem, ale z kolei nie jest przesadnie wyidealizowany. Również jeśli chodzi o drugoplanowe postacie, takie jak Minho, czy Newt, są zaskakujące i ciekawe, a w trakcie Prób widzimy jak bardzo się zmieniają z biegiem czasu. Najbardziej zaskakującą postacią tej części okazuje się jednak Teresa, co do której aż do samego końca nie możemy być absolutnie pewni. Jet z nami, czy przeciwko nam? Można jej ufać, czy można ją kochać?


Niewątpliwie ogromnym atutem trylogii jest język, a w szczególności wymyślony przez autora slang, którym posługują się Streferzy. Dzięki niemu czytelnik ma świetny humor podczas czytania książki, a nawet najbardziej tragiczne sytuacje potrafi rozweselić właśnie kilka odzywek Streferów.  Osobiście, jest to jeden z czynników, dla których tak chętnie oddaję się książce, a po przeczytaniu często sama posługuję się tym slangiem. Jest to na prawdę wciągające.


"-Reprezentuję grupę o nazwie DRESZCZ- kontynuował Szczurowaty- Wiem, że ta nazwa brzmi groźnie, ale to skrót od Departament Rozwoju Eksperymentów, Strefa Zamknięta- Czas Zagłady. Wbrew temu co może sądzicie, DRESZCZ nie stanowi dla Was żadnego zagrożenia. Przyświeca nam tylko jeden cel: uratować świat od zagłady."


 Już recenzując pierwszą część tej serii byłam zachwycona, a ta wcale nie wypadła blado przy swojej poprzedniczce. Brakowało mi jedynie trochę Labiryntu, ponieważ czuć było wtedy specyficzny klimat, a labiryntu zawsze mnie fascynowały. Tutaj z kolei w pewnym momencie byłam zdecydowanie bardziej zaskoczona i zaciekawiona rozwojem akcji, wręcz wściekła przez to co się stało. Czułam dokładnie to samo co Thomas i bardzo dziękuję autorowi za to, że udało mu się napełnić mnie tyloma emocjami w jednym momencie. Czytałam z zapartym tchem, a "Próby Ognia" miały pierwszeństwo nad dosłownie wszystkim. 
Może się będę powtarzać, ale kolejny raz muszę porównać tę serię do serii GONE Michaela Granta, ponieważ pod względem tak zwanej "schizowości" James Dashner praktycznie dorównał panu Grantowi. Polecam bez dwóch zdań całą serię, chociaż może nie jest to najambitniejsza lektura na wieczór i nie trzeba się przy niej wysilać intelektualnie. Jeśli jednak sięgacie po książki dla własnej rozrywki i przyjemności, jest to idealna książka na wieczór (choć lepiej nie czytać jej w nocy, istnieje bowiem ryzyko nabawienia się przez to koszmarów).

Moja ocena: 9,5/10 (prawie idealna, jednak labirynt z poprzedniej części bardziej mnie fascynował)


"-Tom?
-Co?
-DRESZCZ jest dobry."

Czy aby faktycznie?

wtorek, 15 stycznia 2013

Top10: 10 książek, które zabrałabym na bezludną wyspę.


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.Dziś przyszła pora na...  Dziesięć książek, które zabrałabym na bezludną wyspę! :)



Już wcześniej pojawiały się na moim blogu wpisy z akcji top10, nie jest to jednak regularne. Gdy jednak znajduję temat, który mnie interesuje, a w dodatku mam czas na zastanowienie się nad tymi 10 książkami i wplecenie ich w post, zawsze się on pojawi. Tak więc oto moje 10 książek, które zabrałabym na bezludną wyspę:



1. Złodziej Pioruna- Rick Riordan. Czytając tego bloga można zauważyć jak bardzo kocham twórczość Ricka Riordana. Bardzo trudno było wybrać jedną książkę wśród tylu wspaniałych powieści o Percym Jacksonie, bo najchętniej wzięłabym ze sobą każdą z nich. Postanowiłam jednak wrócić do początków tej historii a zarazem początków mojej miłości do twórczości Ricka Riordana.






2.Igrzyska Śmierci- Suzanne Collins. Nadal nie jestem pewna, czy wzięłabym akurat pierwszą część, czy nie powinnam raczej trzeciej.. Ah takie wielkie dylematy, a ja nigdy nie umiem podejmować decyzji. Niech jednak będzie pierwsza część, chyba nie uszę tłumaczyć dlaczego Igrzyska Śmierci znalazły się wśród tych 10 książek? Każdy kto przeczytał pewnie wie o co chodzi :)





3. Charlie- Stephen Chbosky. Tą cieniutką książeczkę mogłabym czytać milion razy a i tak mi się nie znudzi. Wspaniały bohater, piękna i dosyć smutna historia, oryginalność... Nic dodać, nic ująć- ta książka na pewno musi się naleźć ze mną na bezludnej wyspie!





4. Harry Potter i Insygnia Śmierci-J. K. Rowling. Co to za bezludna wyspa bez Harrego? Ja sobie nie wyobrażam, że mogłoby go zabraknąć. Dlaczego akurat Insygnie Śmierci? Pewnie dlatego, że to moja zdecydowanie ulubiona część i mogłabym ją czytać milion razy.






5. Wichrowe Wzgórza- Emily Bronte. Nie może też zabraknąć odrobiny romansu, książka Emily Bronte to klasyk literatury, świetnie napisany i zdecydowanie zachwycający.


 


6. GONE. Faza pierwsza: Niepokój- Michael Grant. Tutaj również powrócę do początków tej historii, zresztą sądzę, że pierwsza część była jedną z lepszych. Cała seria miała swoje wzloty i upadki, ale w całości naprawdę mnie olśniła i nie wyobrażam sobie nie mieć jej ze sobą.


 


7. Więzień Labiryntu- James Dashner. No na pewno nie zostawiłabym w domu czegoś tak schizowego, a zarazem dającego tak wiele zabawy. Więzień Labiryntu zdecydowanie jedzie razem ze mną!








8. Marina- Carlos Ruiz Zafon. Zazwyczaj nie czytam książek, których się boję, jednak Marina była tak intrygująca i mroczna, że nie umiałam jej się oprzeć. Było to moje pierwsze i jakże udane zetkniecie z autorem.




9. Ziemia skuta lodem- John Flanagan. Zwiadowcy to takie idealne oderwanie od rzeczywistości. Ja najbardziej emocjonalnie jestem związana z pierwszymi trzema częściami (nigdy nie wybaczę autorowi, że Will nie był z Evanlyn!). Trudno mi było wybrać pomiędzy drugą a trzecią częścią, ale ponieważ najpiękniejszym momentem całej serii była końcówka trzeciej części, to właśnie ją wybrałam.




 

10. Syn Neptuna- Rick Riordan. No tak, przepraszam. Jednak musiałam tutaj zamieścić dwie książki tego autora. Myślałam nawet, żeby wziąć którąś z Kronik Rodu Kane, ale jednak się rozmyśliłam i tak oto na stosie ląduje kolejna książka o moim cudownym Percym!

sobota, 12 stycznia 2013

Nevermore: Cienie- Kelly Creagch


 Kiedy przychodzi do domu paczuszka i widzisz na niej pieczęć wydawnictwa Jaguar, z ekscytacją zastanawiasz się co jest w środku. Szybko otwierasz pakunek, a Twoje usta układają się w jednym wielkim "O" aby za chwilę przerodzić się w szeroki uśmiech. Tak, to właśnie kochana Enty robi swoim recenzentom, wysyłając przepiękne egzemplarze książek do recenzji. Tym razem to Nevermore wywołało u mnie taki entuzjazm i jak zwykle się nie zawiodłam.

 
"Varen zniknął. Schwytany w pułapkę koszmarnej rzeczywistości, gdzie chore sny Edgara Allana Poego stają się jawą, znajduje się poza zasięgiem żywych i umarłych. Ale Isobel nie zgadza się go porzucić. Rusza do Baltimore, by odnaleźć Reynoldsa, tajemniczego mężczyznę, który co roku spełnia toast na grobie pisarza i który w ciągu ostatnich miesięcy oszukiwał ją i zwodził. Tylko on ma klucz do innego świata...

Kiedy Isobel znajduje wreszcie przejście, odkrywa, że miejsce, w którym przebywa Varen zdążyło się zmienić. Pełen bólu i przerażających istot świat zamieszkują teraz również stworzenia, które zrodziły się w pełnym gniewu umyśle chłopaka. Miłość przemienia się w nienawiść, radość w smutek, śmiech w płacz. Stając naprzeciw Varena, Isobel zaczyna rozumieć, że jej ukochany stał się jej największym, śmiertelnym wrogiem"

  

Po raz kolejny wkraczając w świat Nevermore można się zastanawiać czym autorka nas zaskoczy. Mroczny got, piękna czirliderka, dwa różne światy.. No tak, ale z tym wszystkim zetknęliśmy się już poprzednio. Co więc takiego zostało dla nas przygotowane? Wydaje się, że pani Creagh nie brakuje pomysłów i tym razem, a żeby się o tym przekonać należy sięgnąć do książki.

Podobno granica między miłością a nienawiścią jest niezwykle cienka. Kiedy zranisz najbliższą Ci osobę i na zawsze stracisz jej zaufanie bardzo trudno jest je z powrotem odzyskać. W realnym świecie. Po stronie snów, stawka jest jednak dużo wyższa, a nienawiść nabiera innego znaczenia. Właśnie.. nienawiść, czy zapomnienie? Szepty wrogów (a może przyjaciół?) mącą Ci w głowie, w co masz więc wierzyć? Po której stronie jesteś? Czy nadal jesteś sobą, czy tylko marnym cieniem siebie samego? 
Z tymi pytaniami musi się zderzyć Isobel kiedy wyrusza na pomoc Varenowi. Wie, że go zawiodła i musi mu wytłumaczyć wszystko co zaszło. Jest pewna, że zrozumie. Nikt nie może się zmienić w końcu aż tak bardzo. Miłość nie może tak po prostu wyparować... A może jednak?

Kelly Creagh pisze bardzo lekkim językiem, dzięki czemu jej książki czyta się szybko i przyjemnie., jednak dla czytelników oczekujących wybitego języka, może być to za mało. "Nevermore: Cienie" zdecydowanie wyprzedza poprzednią część pod względem wartkiej akcji oraz jej zwrotów. Z kolei część po drugiej stronie lustra, jest równie zagmatwana co poprzednio, trudno jednak stwierdzić, czy to plus czy minus powieści. Jest to na pewno celowy zabieg autorki, jednak dzięki temu całość sprawia raczej chaotyczne wrażenie, a czytelnik może się momentami gubić w fabule. 

Jak byłam zachwycona pierwszą częścią, tak druga trochę mnie rozczarowała. Jednak tylko trochę. Książkę czytało się bowiem bardzo dobrze, jest to idealna pozycja na spokojny i nudny wieczór, kiedy czytelnik chce zajrzeć do "innego świata" i oderwać się od rzeczywistości. Niestety w porównaniu do swojej poprzedniczki "Nevermore: Cienie" wypada raczej słabo, co jednak nie przeszkadza mi w niecierpliwym wyczekiwaniu na następną część.

Moja ocena: 8/10

 Moją recenzję poprzedniej części Nevermore znajdziecie tutaj

Z egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!



niedziela, 6 stycznia 2013

Nowy, zwyczajny rok 2013.

W podsumowaniach nie jestem dobra, dlatego też nie pojawiło się takowe na ty blogu pod koniec 2012 roku. Dlaczego się nie wysiliłam i nic nie napisałam? Tym razem nie było to wcale lenistwo, chociaż właśnie ono w ostatnim czasie (oraz nauka) skutecznie powstrzymuje mnie od pisania bloga. Nie. Podsumowania nie było z bardzo prostego powodu- bardzo wielu postanowień zwyczajnie nie udało mi się dotrzymać.
Po pierwsze zupełnie nie popisałam się na tym blogu, a moja ilość postów w porównaniu do roku 2011 (chociaż wtedy pisałam przecież tylko pół roku!) znacznie spadła.
Po drugie i w zyciu zwyzajnym ten rok nie okazał się.. nadzwyczajny. Na sylwestrze patrzylam tylko na całującą się parę i śmiałam się z samej siebie, że również postanowienia o chłopaku nie udało mi się wypełnić.

Tak więc samotna wstąpiłam w nowy rok, który mam nadzieję okaże się dużo lepszy i za te trzysta ileś dni będę mogła pochwalić się jakimiś osiągnięciami (poza tymi naukowymi).

A jakie są moje postanowienia na ten rok? W zasadzie się nad tym nie zastanawiałam i poza tymi standardowymi doszło ledwie jedno. Oto one:
1. Nie będę taka leniwa.
2. Nie będę już więcej zaniedbywać bloga.
3. W tym roku przeczytam co najmniej 100 książek.
4. Skończę preIB i dostanę się do IB.
5. Codziennie będę robić brzuszki, a w lecie również biegać!

To ostatnie jest najważniejsze, bo biorąc pod uwagę moją aktywność fizyczną rok z rok, która szczerze powiedziawszy jest dosyć marna ;)


A co w tym roku czeka nas pięknego? Oj bardzo dużo ciekawych premier!


To najbardziej oczekiwania ekrenizacja tego roku. Osobiście już o dawna czekam na drugą część Igrzysk Śmierci, a w listopadzie już światowa premiera!


Miasto kości na reszcie w kinach! Z początku miałam zamiar zrobić mały strajk dlatego, że Alex Pettyfer nie będzie grał Jace'a, ale grzechem byłoby nie pójść na ekranizacje tej cudownej książki.


Na stronie amazona dostrzegłam to cudo i bez wątpienia zamówię sobie angielską wersję tej książki zaraz po jej premierze! Tylko do marca! :)


 Czyżby to była ostatnia część GONE? Absolutnie trzeba przeczytać. Liczę tutaj na cudownego Jaguara, na pewno jak zwykle spisze się i szybko na polski rynek wyjdzie to cudeńko :)


To są moje najbardziej wyczekiwane premiery tego roku. Na co Wy czekacie? Polecacie jakieś cuda wychodzące w tym roku?